20.kolejka PlusLigi – sporo setów. Emocji jeszcze więcej
Mimo niskich temperatur na zewnątrz, śledząc ostatnią rundę, kibicom mogło zrobić się gorąco. Walka do samego końca i tylko jedno spotkanie zamknięte w trzech partiach. Co, jak, gdzie, kiedy? Zapraszamy na podsumowanie!

Na początek kolejki, tym razem w Chełmie, goście z Jastrzębia-Zdroju narzucili swoje warunki i szybko odjechali rywalom (5:8, 8:14), imponując skutecznością w ataku. Dwa asy Amirhosseina Esfandiara dały gospodarzom chwilę nadziei, ale podopieczni Andrzeja Kowala szybko ugasili ten pożar i pewnie zamknęli seta 17:25.
Druga partia była niemal kopią pierwszej — szybka przewaga przyjezdnych, pełna kontrola i znów 17:25. A gdy dwie ostatnie akcje skończył Michał Gierżot, wszystko było jasne.
Dopiero w trzecim secie gospodarze powiedzieli „sprawdzam”. Złapali rytm, odrobili straty i po wygranej końcówce (25:22) tchnęli w mecz nowe życie. Czwarta odsłona tylko to potwierdziła — chełmianie grali swoje, a jastrzębianie wyraźnie stracili impet (25:17).
Tie-break znów zaczął się po myśli gości, którzy przy zmianie stron prowadzili 8:5. Gospodarze jeszcze raz zerwali się do walki, ale decydujące słowo należało do jastrzębian. Atak Antona Brehme, blok Mateusza Kufki i serwis w siatkę gospodarzy postawiły kropkę nad „i” — 12:15. Wyróżniony po spotkaniu został kapitan gości, Benjamin Toniutti.
Operacja „Północ”
Starcie w Suwałkach dla gości ze stolicy nie należało do najłatwiejszych.
Pierwszy set długo toczył się punkt za punkt, aż Bartosz Filipiak postanowił zrobić porządek. As serwisowy, sprytny atak z prawego skrzydła i nagle z 18:18 zrobiło się 24:19. Autowa zagrywka Projektu tylko przypieczętowała wygraną Ślepska.
Druga partia wyglądała podobnie, ale tym razem role się odwróciły. Linus Weber i Brandon Koppers przejęli inicjatywę, a po ataku Niemca to Projekt wyrównał stan meczu, wygrywając 25:20.
Trzeci set zaczął się od długiej serii zagrywek Honorato i szybko ustawił się pod dyktando gospodarzy. Ślepsk zbudował solidną przewagę, a Asparuch Asparuchow skutecznym atakiem na potrójnym bloku zamknął partię (25:20).
Czwarta odsłona nie miała już wielkiej historii — Projekt grał swoje, Bednorz i Koppers trzymali wynik, a po ataku Bednorza po bloku kibice mogli szykować się na tie-breaka.
Decydujący set to prawdziwy festiwal bloków po obu stronach. Warszawianie najpierw odskoczyli, suwalczanie szybko ich dogonili, ale w końcówce więcej spokoju zachował Projekt. Kropkę nad „i” asem serwisowym postawił Bartosz Bednorz, kończąc emocjonujące spotkanie. Brandon Koppers mógł wrócić z „dodatkowym bagażem” w postaci statuetki MVP.
Z Elbląga do Lublina
Choć we własnej hali, Lublin również miał utrudnione zadanie.
Mecz nie zaczął się po myśli mistrza Polski. Gospodarze długo obijali się o defensywę Barkomu, a skrzydłowi Pope i Kovalov robili po drugiej stronie, co chcieli. Zespół Ugisa Krastinsa zachował zimną krew w końcówce i po akcji Moussy Gueye zgarnął pierwszego seta.
W drugiej partii mistrz się obudził — Wilfredo Leon przypomniał o sile zagrywki, swoje dołożył Hilir Henno i tym razem to ekipa Stephana Antigi bez większych nerwów zamknęła seta 25:17.
Trzeci set znów był grą na nerwy, a od stanu 21:21 Barkom włączył tryb „bezbłędni”. Tupczij i Pope kończyli ataki, Henno się mylił, a blok Pope’a dał Barkomowi cenny punkt i apetyt na coś więcej.
Czwarta odsłona należała do gospodarzy — dobra zagrywka McCarthy’ego zrobiła swoje, a mimo starań Gueye to Lublinianie doprowadzili do tie-breaka (25:19).
W decydującym secie Gueye rozpoczął od festiwalu bloków, zmuszając Antigę do szybkiej reakcji. Lublin jeszcze złapał kontakt po asie Wachnika (8:7), ale Barkom znów przejął kontrolę. Tupczij dołożył blok, a potężny atak po skosie zakończył spotkanie — goście z Elbląga wyszli z tej bitwy zwycięsko.
Walka w opolskim
Gdańszczanie głodni punktów, udali się na południe Polski do Kędzierzyna – Koźla. Gospodarze zaczęli obiecująco, szybko wychodząc na prowadzenie 6:3, ale rywale błyskawicznie wyrównali (7:7). Gra falowała jak nad Bałtykiem — krótkie serie przeplatały się z błędami. Ostatecznie więcej zimnej krwi w tej nierównej partii zachowali kędzierzynianie.
W kolejnej partii „gdańskie lwy” poprawiły przyjęcie i skuteczność w ataku, a na siatce znów rządził Aliaksiej Nasewicz. Kamil Rychlicki robił swoje po drugiej stronie, ale to wystarczyło jedynie na wyrównanie stanu meczu.
W trzecim secie „Rychlicki i spółka” wrzucili wyższy bieg. Przewaga rosła z akcji na akcję, Igor Grobelny skutecznie kończył na skrzydle, a Szymon Jakubiszak pilnował środka. Efekt? Pewne 25:15 dla gospodarzy.
Trefl nie zamierzał jednak składać broni. Gdańszczanie punktowali rywali w każdym elemencie, a świetna seria zagrywek Joe Worsley’a pozwoliła im odskoczyć na bezpieczny dystans. Tej straty kędzierzynianie już nie odrobili — 25:17 i tie-break.
Decydujący set był prawdziwą grą nerwów. Najpierw przewaga po zagrywkach Rychlickiego (6:3), potem szybka odpowiedź Worsley’a i remis 8:8. W końcówce więcej spokoju zachowali gospodarze, a mecz udanym blokiem zamknął Marcin Krawiecki.
Rycerze górą
Pierwszy set z gośćmi znad Wisłoka długo trzymał się remisu, a wszystko rozstrzygnęło się dopiero po stanie 22:22. Wtedy Zawiercie wrzuciło wyższy bieg — Kwolek skończył atak, Russell dołożył asa, a Bieniek blok-autem postawił kropkę nad „i” (25:23).
Druga partia zaczęła się obiecująco dla „Jurajskich Rycerzy” (5:2), ale potem do zagrywki doszedł Danny Demyanenko i zrobiło się… 5:9. Choć gospodarze jeszcze gonili wynik, rzeszowianie lepiej czuli się w tym secie, a skuteczny atak Louatiego dał im wygraną 25:19.
Trzeci set to prawdziwy rollercoaster. Louati odpalił serię czterech asów (6:11), goście długo prowadzili, ale Zawiercie nie powiedziało ostatniego słowa. As Bieńka, blok na 22:22 i zaczęła się nerwowa gra na przewagi, okraszona kontrowersją sędziowską. Po maratonie „Jurajscy Rycerze” wygrali 34:32, a decydująca zagrywka Tavaresa zaskoczyła wszystkich.
Uskrzydleni gospodarze świetnie weszli w czwartego seta (6:1) i choć rzeszowianie jeszcze postraszyli w końcówce (23:21), to Zawiercie zachowało spokój. Kwolek wywalczył piłkę meczową, a serwis gości w siatkę zakończył emocjonujące spotkanie (25:22). Z wyróżnieniem do domu udał się Bartłomiej Bołądź.
Na koniec – Olsztyn
Po ostatnim spotkaniu z rundy, olsztynianie wracali z Gorzowa z uśmiechami na ustach.
Gospodarze zaczęli obiecująco (8:6), ale Indykpol AZS szybko przejął inicjatywę (8:10). Choć Stilon doprowadził do remisu (16:16), kluczowy okazał się fragment od stanu 17:17 — wtedy do zagrywki doszedł Jan Hadrava i zrobiło się 17:23. Gorzowianie jeszcze dzielnie bronili trzech piłek setowych, lecz skuteczny atak Pawła Halaby zakończył partię (21:25).
Drugi set znów przebiegał pod dyktando „Indyków”. Gospodarze wyrównali po słabszym początku (8:8), ale seria zagrywek Hadravy ponownie zrobiła różnicę (10:13). Od tego momentu goście kontrolowali wydarzenia, a mocny atak Czecha po bloku rywali zamknął seta.
Trzecia odsłona była najbardziej wyrównana. Stilon dwukrotnie wychodził na prowadzenie (5:1, 12:9), lecz olsztynianie za każdym razem szybko odpowiadali. W końcówce goście odskoczyli (18:21), a choć Chizoba Neves asem dał jeszcze nadzieję (21:22), ostatnie słowo należało do Indykpolu AZS. Hadrava zaatakował, rywale popełnili błąd, blok dołożył swoje — i było po meczu (21:25). Z pamiątką w rękach wrócił do Olsztyna czeski atakujący.
Spotkanie pomiędzy Steam Hemarpol Politechniką Częstochowa, a PGE GiEK SKRĄ Bełchatów zostanie rozegrane w późniejszym terminie.
fot. Julia Roik

