Vital Heynen: polscy kibice siatkówki są najlepsi na świecie

 

Vital Heynen – jeden z najbardziej charyzmatycznych trenerów, obecnie prowadzący reprezentację Belgii oraz VfB Friedrichshafen. Co sądzi o polskiej lidze i polskich kibicach? Czy w jego opinii siatkarze powinni zarabiać na grze w reprezentacji? Jaką ma opinię o Pluslidze i czym powinien się charakteryzować dobry trener? Po te i inne odpowiedzi zapraszamy poniżej!

 

Chcę zacząć od pytania, które pewnie zadaje sobie wielu trenerów. Jak Pan to robi, że wszystko, czego się dotknie, zamienia się w złoto?

Dziękuję za pozytywną ocenę, ale, przynajmniej jeśli chodzi o ME to wciąż tylko czwarte miejsce. Jestem trenerem od trzynastu lat i zawsze, nieważne jaką drużynę trenuję – czy to siatkówka halowa, czy plażowa, czy w Polsce, Turcji, czy innym kraju – stawiam sobie cele i dążę do osiągnięcia przynajmniej tych minimalnych. Dalej, w trakcie sezonu, staram się osiągnąć też te duże cele. Jest to coś, z czego jestem jednocześnie dumny, ale też czego się lekko obawiam, ponieważ pewnego dnia się nie uda, a nie chcę tego. Jest to jednak dla mnie zawsze największe wyzwanie i coś, w co wkładam najwięcej energii. Chcę, by mój zespół prezentował się dobrze i to sprawia, że nie zawsze jestem łatwym trenerem. Oczywiście, im bardziej ta wizja wzrasta, im bardziej w to wierzę, tym lepiej umiem odczytywać zespół. Może to po prostu szczęście, sam nie wiem, ale po tylu latach pracy trenerskiej myślę, że to nie tylko szczęście, które jednak stanowi jakąś część.

Zacznijmy od reprezentacji Niemiec. Czy możesz opisać te emocje, które towarzyszyły Wam po zdobyciu brązowego medalu Mistrzostw Świata?

To było dziwne uczucie, bo wszyscy niemieccy zawodnicy na boisku byli mi w jakiś sposób bliscy. Nie tylko ta „stara gwardia” jak Kaliberda, Böhme, Kampa czy Grozer, ale też tacy, których miałem w Friedrichshafen przez ostatnie pół roku. Krick to zawodnik, którego spotkałem na swojej drodze, gdy miał jakieś 12 lat. Nie byłem jego trenerem, ale trochę mu pomogłem, stąd do tej pory mamy kontakt. Cóż mogę powiedzieć, byłem dumny. Myślę, że Andrea Gianni kontynuuje moją pracę świetnie. Mieli trudne lato, ale to pozwoliło Andrei się wykazać. Naturalne jest jednak, że po pięciu wspólnych latach czuję się emocjonalnie związany z tą  reprezentacją.

Kiedy trenował Pan Niemców, zdecydował o rezygnacji z udziału w Lidze Światowej. Dlaczego?

To długa i trudna opowieść. Jako trener zawsze robię to, co uważam za najlepsze dla drużyny. Na tamten moment tym „lepszym” według mnie były Igrzyska Europejskie. Myślę, że patrzenie wstecz to nie jest dobre wyjście, ale nie była to zła decyzja, a Niemcy mogli dwa lata później wrócić do Dywizji I. Nie jestem osobą, która boi się podejmować decyzje, nawet te trudne, jak również brać za nie odpowiedzialność. Podsumowałbym to tak: jeśli podążasz za czyimiś krokami, nigdy nie uda ci się go wyprzedzić. Wierzę w to bardzo mocno – musisz robić coś innego, żeby ich pokonać.

Jak ocenia Pan zmiany, jakie wprowadzono niedawno?

Myślę, że Liga Światowa ma bardzo zły system. Im bardziej o tym myślę, tym bardziej się o tym przekonuję. Oczywiście, jako trener Belgów nie mogę być zadowolony z tego, jak nas potraktowano, zwłaszcza, że względy sportowe nie zostały wzięte pod uwagę. Byliśmy na siódmej pozycji w tym roku, a nie mamy możliwości grać w Dywizji I. Sądzę, że system w którym przez wiele lat drużyny po prostu utrzymują się w grupie najlepszych sprawi, że wiele reprezentacji będzie traktować Ligę Światową jako okazję do przetestowania młodych zawodników. Jeśli miałbym coś do powiedzenia, skróciłbym ten turniej, wprowadzając do niego tylko najlepsze drużyny, do trzech weekendów. Lepiej grać np. trzy weekendy, niż sześć – siedem jak teraz. Cóż, zobaczymy jak będzie. Moją pracą jest teraz skupianie się na Friedrichshafen i reprezentacji Belgii i dążenie do tego, by byli jak najlepsi.

Po reprezentacji Niemiec przyszła pora na Belgów. Czy prowadzenie drużyny własnego kraju ma większą wartość?

Nie tyle chodzi o wartość kraju samego w sobie, ale o wartość personalną. Przez wiele lat Belgowie nie radzili sobie dobrze na arenie międzynarodowej siatkówki, więc teraz myślę o tym, jak pomóc mojej drużynie osiągać więcej sukcesów. To jedno z moich wyzwań na kolejny sezon reprezentacyjny.

Przed Mistrzostwami Europy mieliśmy Ligę Światową, a Belgowie stracili szansę grania w Final Six przez jednego seta. Czy to dobrze, bo mieliście więcej czasu na przygotowania, czy może jednak było to duże rozczarowanie?

Myślę, że ten brak awansu dał nam czas na trenowanie i to dobrze, ale jeśli wezmę pod uwagę wynik z ME, to już sam nie wiem. Z drugiej jednak strony, chłopcy zrobili ogromne postępy. Gdyby rok temu ktoś powiedział, że Belgia będzie siódma w LŚ i czwarta na ME, nikt by nie uwierzył. Plusem i jednocześnie minusem może być to, że zawsze chcę żeby mój zespół był jak najlepszy.

Moim zdaniem to czwarte miejsce to duży sukces.

Oczywiście, że tak. To najlepszy wynik Belgów od dłuższego czasu i mało kto wierzył w taki rezultat naszych działań.

Czy był jakiś jeden szczególny moment, kiedy Pan pomyślał: ta drużyna może dojść do finału?

Myślę, że takiego momentu nie było. Jestem ostrożny w tego typu ocenach.

Mistrzostwa Europy odbywały się w Polsce, co dało Panu szansę powrotu tutaj, czy wiążą się z tym dobre wspomnienia?

Oczywiście, zawsze świetnie jest grać w Polsce. Nie znam innego kraju, w którym ich reprezentacja nie gra w finale, a ludzie wypełniają halę, stwarzając świetną atmosferę. Polscy kibice siatkówki są bezsprzecznie najlepsi na świecie.

Kiedy przejmował Pan kadrę belgijską, powiedział Pan, że nie do końca jest zadowolony z tego rodzaju mentalności zawodnika. Czy to się zmieniło? Myślę, że sam przydomek „Czerwone Diabły” nie jest bez powodu…

Jeśli chodzi o mentalność, to wciąż się z tym zmagam. Każdy kraj ma swoją kulturę i to pociąga za sobą zarówno pozytywy, jak i negatywy. Niemcy są bardzo zorganizowani, więc jeśli chcesz coś zmienić, potrzeba dużo wysiłku. Belgowie to kultura, która nie podąża tak restrykcyjnie za wyznaczonymi regułami, a wręcz przeciwnie – robią wszystko, żeby im się przeciwstawić. Jeśli w sporcie wyznaczysz reguły gry, nikt się im nie będzie chciał podporządkować, co czasami może być trudne (śmiech). To jest coś, z czym walczę. Dużo inspiracji czerpię od Petera Druckera, który powiedział kiedyś, że kultura zjada strategię na śniadanie. Oznacza to, że właśnie ten element kulturowy jest najważniejszy. Dlatego tak mocno nad tym pracuję jako trener. Myślę, że w te wakacje dużo się zmieniło, ale wciąż nie tak, jakbym chciał – w ostatnim meczu mogliśmy zagrać dużo lepiej.

Jaka jest Pana opinia o tym, ze cztery kraje będą gospodarzami ME 2019? Czy nie będzie to problematyczne zwłaszcza pod względem ciężkich podróży?

Praktycznie nie powinien to być duży problem. Paryż, Bruksela i Amsterdam są bliżej od siebie niż Szczecin i Katowice. Odległość więc nie jest problemem, ale sam fakt tego, że osiem zespołów będzie gospodarzami (cztery kobiece i cztery męskie drużyny – przyp. red.), a udział weźmie aż dwadzieścia cztery, to nie jest dobre rozwiązanie.

Chciałabym porozmawiać o sytuacji, która niedawno zawładnęła mediami sportowymi w Polsce, a mianowicie o tym, że jeden z reprezentantów kraju powodował konflikty na tle finansowym – chciał po prostu zarabiać więcej niż jego koledzy z drużyny. Nie chcę pytać o konkretnego zawodnika, ale po prostu o Pańską opinię o samej sytuacji, bo pojawiło się wiele głosów, że siatkarze w ogóle nie powinni zarabiać na grze w reprezentacji, bo powinien to być dla nich zaszczyt.

Myślę, że zawodnicy powinni otrzymywać wynagrodzenie za grę w reprezentacji. Kadra zabiera im wiele czasu, ale prawdą jest, że nie każdy kraj płaci. W Belgii pieniądze są małe, ale nie jest tak źle. Zawsze wokół kwestii finansowych reprezentacji krajów pojawia się wiele dyskusji i wszystko to jest niczym balansowanie na linie. Obie strony mają swoje racje  i obie prawdziwie. Myślę, że siatkówka to jeden z tych sportów, w których gra w reprezentacji naprawdę zabiera wiele czasu.

Łatwiej prowadzi się reprezentację kraju czy klub?

Nie ma różnicy. Kocham być trenerem (śmiech). Wspaniale jest pracować z ludźmi, organizować treningi. Różnica to jedynie czas. Jako trener w Friedrichshafen, po pracy wracam do domu. Z kadrą jestem ciągle. Nie wiem, czy któraś opcja jest łatwiejsza, kocham obie i dlatego je połączyłem (śmiech).

W 2005 roku zacząłeś pracować jako trener w Noliko Maaseik. Czy widzi Pan różnicę pomiędzy sobą z tamtego okresu a obecnym trenerem VfB Friedrichshafen?

Myślę, że ja się nie zmieniłem, ale niektóre rzeczy owszem. W 2005 roku myślałem, że jestem dobrym trenerem, teraz już nie jestem tego pewny (śmiech). Największy krok jaki zrobiłem to nauczenie się, że wszystko stoi pod znakiem zapytania, zawsze. Kocham zmiany – choćby ewolucję gry mojej drużyny. Mam więc nadzieję, że jednak coś zmienia się na lepsze, ale wciąż bez zmian pozostaje moja miłość do trenowania. Przez te 12 lat zmieniało się wiele, a co zmienia? Przede wszystkim poznawanie nowych ludzi, którzy uczą nowych rzeczy.

Jako trener Friedrichshafen, co myśli Pan o tej „wojnie” pomiędzy Pańską drużyną i Berlin Recycling Volleys?

To tylko wojna siatkarska. Kilka lat temu rzeczywiście poważnie ze sobą rywalizowaliśmy, ale teraz obie drużyny mają dobry kontakt. Na boisku każdy chce wygrać, ale musimy grać fair. Friedrichshafen to świetna drużyna, a co do Berlina, to pod względem organizacji to według mnie jeden z pięciu najlepszych klubów Europy.

Jak opisze Pan Bundesligę z własnej perspektywy? Czasem wydaje się, że są tam dwa, trzy ważne zespoły i reszta, która jest trochę bez znaczenia…

Myślę, że to duży błąd w rozumowaniu. Bundesliga to znacznie więcej niż dwie drużyny. Berlin prawie został wyeliminowany w półfinałach przez Frankfurt, wiele razy zdarzało się, że moja drużyna dopiero w tie-breaku pokonywała nieco słabsze drużyny. Ta liga jest dobra, bo jest bardzo stabilna. Może nie jest to finansowy top, ale też nie jesteśmy na szarym końcu. Wszystkie drużyny zrobiły duży krok naprzód. Oczywiście, są silniejsze ligi, ale Bundesliga wciąż jest dobrym miejscem do gry. Moim zdaniem tylko polska i włoska liga może przebić niemiecką. To stabilna, dobra liga, która z roku na rok robi krok do przodu.

Kiedy był Pan trenerem Transferu Bydgoszcz, sprawił Pan, że drużyna, na którą nikt nie stawiał, wywalczyła piąte miejsce.

Mieliśmy drużynę, która może nie była zespołem gwiazd, ale każdy walczył o każdego – był to zespół świetnych ludzi. Każdego dnia walczyliśmy o to, żeby być lepszymi i każdego dnia to się działo. Dlatego w końcu, po wielu dniach, udało nam się pokonać ZAKSĘ, która składała się z wielu świetnych, znanych postaci. Najlepsze dla mnie jest to, że mam tak wiele wspaniałych wspomnień. Choć nie pamiętam wszystkich nazwisk, to doskonale pamiętam jak wielu dobrych ludzi tam poznałem, jak wszyscy o siebie walczyliśmy. I ten wysiłek się opłacił.

Kapitan polskiej reprezentacji, Michał Kubiak, powiedział ostatnio, że Plusliga jest bardzo słaba. Jaka jest Pana opinia o polskich klubach? Jak w ogóle można ocenić, czy liga jest słaba czy silna?

Myślę, że słowo „słaba” nie jest dobre, ale sam jestem zaskoczony tym, jak w tym roku to wygląda. Polska liga walczyła o to, by być w światowym topie, uważam jednak, że ligi takie jak rosyjska czy włoska są po prostu lepsze. Myślę, że pojawiły się drobne problemy, o których rozwiązaniu trzeba pomyśleć. Zawodnicy wciąż chcą do Polski przyjeżdżać, ale musimy być fair – najlepsi zawodnicy mogą grać w każdym miejscu na świecie, a wasz kraj jest trudny i widzimy, że choćby wielu polskich siatkarzy decyduje się wyjechać. To nie jest znak, który mi się podoba – jest ich zbyt wielu: Kurek, Konarski, Kubiak, Drzyzga – to zdecydowanie za dużo. Jeśli liga traci swoich zawodników, to należy wszystko dogłębnie przemyśleć. To, co mi się podobało w Pluslidze to to, że było wielu młodych zawodników, którzy grali w silnej lidze i stawali się przyszłością reprezentacji. To bardzo ciekawe pytanie, jak to wszystko się potoczyło.

Wiemy, że jest wiele rzeczy, w których rozwijać może się zawodnik, ale jakie są to rzeczy w odniesieniu do trenera?

Kiedyś w artykule o zarządzaniu przeczytałem, że bycie trenerem to nie jest podejmowanie wielkich decyzji, ale podejmowanie pięciuset małych z rzędu i nadzieja, że wszystkie są słuszne. Jako trener popełniam błędy jak każdy, ale każdego dnia staram się uczyć i rozwijać. Kocham czytać książki. Siatkówka nie jest zbyt dobrze opisana, zwracam się więc ku innym sportom, ku zarządzaniu i po prostu ku życiu. Staram się przeczytać wszystko, co mogę. Znasz mnie na tyle, by wiedzieć, że kocham rozmawiać ze wszystkimi, bo myślę, że od każdego można się czegoś nauczyć. Zawsze to mówię – każdy może nauczyć mnie czegoś, co sprawi, że będę lepszym trenerem. Czasem zdarza się, że nie każdy rozumie, czego mnie może nauczyć, ale pomagają mi wszyscy. Uważam, że moment, w którym dowiadujesz się czegoś to ten, w którym zaczynasz rozumieć, że tak naprawdę nic nie wiesz.

Jakie cechy powinien więc posiadać perfekcyjny trener?

Każdy może być trenerem. Kilka dni temu przeczytałem książkę, w której napisano że przywództwo to coś, z czym w 30% się rodzimy i w 70% coś, czego można się nauczyć. Każdy może być trenerem i jest wiele stylów trenowania, a każdy z nich ma swoje plusy i minusy. Celem dobrego trenera powinno być umiejętne dostosowywanie ich do drużyny. Nie można się całkowicie zmienić, ale trzeba odnaleźć nić porozumienia pomiędzy trenerem i zespołem. Przyjemnie obserwuje się, że zarówno introwertyk, jak i ekstrawertyk może być trenerem osiągającym sukcesy, choć lepiej na tym polu radzą sobie ekstrawertycy. Najlepsze w tym wszystkim jest więc to, że nie ma jednego typowego modelu, ale wieloma drogami możesz dotrzeć do celu.

Jaki byłby Pana wymarzony zespół?

Nie wiem, to zbyt trudne pytanie. Kiedyś chciałem trenować zespół we Włoszech, ale teraz już to pragnienie jest dużo mniejsze, bo naprawdę lubię to, co obecnie robię.

Jak opisałby Pan Vitala Heynena jako trenera?

Możesz powiedzieć o mnie dobry albo zły, ale nigdy nie mów przeciętny. Myślę, że tak mogę to opisać najlepiej.

Uwielbia Pan książki, tak jak ja. Czy jest jakaś jedna lektura, którą każdemu poleciłby Pan do przeczytania?

Nie ma nic idealnego. Jeśli chodzi o sport, musisz przeczytać „Peak” Ericssona, ale jeśli rozmawiamy o życiu, zawsze wyciągniesz coś z twórczości Adama Granta, Paulo Coelho. Każdego dnia znajduję ciekawą książkę, stąd ciężko mi wybrać jedną.

Kiedyś rozmawialiśmy o prowadzonych przez Pana motywacyjnych wykładach. Czy to jest coś, w co głębiej chciałby się Pan zaangażować? By motywować ludzi do bycia lepszymi?

Tak, prowadziłem je. Lubię to robić czasami, ale nie za często, bo byłoby to nudne (śmiech). Rocznie daję pięć, czasem sześć. To wystarczające, bo to nie jest moja praca. To też nie do końca motywacyjne wykłady – wyjaśniam po prostu, jak motywować ludzi. Nie mówię: uwierz w siebie. Mówię, jak ludzie mogą pomóc innym ludziom.

Jeśli nie siatkówka, to co?

Studiowałem inżynierię ekonomiczną, więc pewnie pracowałbym w jakiejś firmie. Nad wieloma pytaniami, które mi zadałaś, nigdy się nie zastanawiałem, ale zawsze chciałem napisać książkę. Mam nawet jej tytuł: „Simple is not easy”. Te pytania są dla mnie zbyt trudne, bo zawsze staram się wszystko możliwie upraszczać (śmiech).

Jakie są Pana pasje poza siatkówką?

Nie jest to pasja, ale najważniejsze są dla mnie moje córki, kocham je i w moim życiu stoją na najwyższym miejscu. W następnym tygodniu miałem zaplanowany wyjazd treningowy, ale moja córka ma mecz siatkówki i poprosiła mnie, żebym tam był, więc zmieniłem wszystkie plany z Friedrichshafen, by móc tam być i oglądać, jak gra. Wyjaśniłem wszystko moim zawodnikom i choć nie jest to dla nich najwygodniejsze, rozumieją, że moja córka jest najważniejsza.

Jak wygląda dzień z życia Vitala Heynena?

Wstaję o 7, wychodzę z domu o 7:30. Robię sobie spacer na halę, to jest około 7km, więc idę przez jakąś godzinę. Następnie mam spotkania – zawsze z kimś rozmawiam: z ludźmi z klubu, zawodnikami, sztabem. Później zaczynają się indywidualne treningi, co oznacza, że zawodnicy przychodzą w grupach dwu-trzyosobowych i robimy trochę rzeczy indywidualnie. Każda grupa ćwiczy około 45 minut, a później czeka mnie spacer do domu. Robię zakupy, jem coś, później mała drzemka. Oglądam mecze, przygotowuję treningi, strategię. Później trening do 19:30, na który zazwyczaj wybieram się na rowerze. Wracam do domu i przygotowuję coś do jedzenia i robi się 21:00. To jest czas dla mnie, kiedy mogę na przykład przeczytać książkę. Życie, cóż innego mogę powiedzieć.

Jaką osobą poza boiskiem jest Vital Heynen?

Emocjonalną. Uwielbiam się uśmiechać i śmiać, choć życie nie zawsze daje do tego powody. Nie zawsze jest łatwo, ale kiedy widzę ludzi, z którymi pracuję od lat, np. z trenerem przygotowania fizycznego współpracuję prawie od 20 lat, to patrząc wstecz widzę, że nie musiałem walczyć o ludzi, bo mając możliwość ze mną pracować, po prostu chcą to robić. Współpracowałem z postaciami również znanymi w Polsce, jak Mark Lebedew czy Roberto Santilli, Roberto Piazza. Każdy z nich był inny i z każdym świetnie się pracowało. Mam nadzieję, że i oni dobrze wspominają ten okres, bo ja uwielbiałem z nimi pracować. Myślę, że nie jestem człowiekiem, z którym usiądziesz w barze na piwie. Nie mówię też tak dużo, jak myślisz. Lubię słuchać ludzi. Zawsze doceniam duży, szczery uśmiech, bo wiem, że to nie zawsze łatwo przychodzi.

Ostatnie pytanie – co jest najlepsze w byciu Vitalem Heynenem?

Najlepsze w byciu Vitalem Heynenem jest to, że wstaję każdego ranka i robię to, co kocham. Trenowanie, siatkówka, trenowanie, ludzie, pomaganie im, by byli lepsi – nie tylko w siatkówce, ale w życiu. Jeśli mam być szczery, to jestem naprawdę szczęśliwy. 

 

Rozmawiała: Magdalena Solecka

Komentarze
No votes yet.
Please wait...
Magdalena Solecka

Magdalena Solecka

Studentka, której miłość do siatkówki jest stosunkowo młoda, ale zdecydowanie intensywna. Poza uwielbieniem do siatkówki moją osobowość można opisać w kilku słowach: butoholizm, kawoholizm i książkoholizm.

Dodaj komentarz